Boże, błogosław Amerykę

~ 3 minuty czytania
2 maja 2017

God bless America to klasyfikowany jako komediodramat  film w reżyserii Bobcata Goldthwai’a. Całość może  nie urzeka muzyką czy efektami specjalnymi, jednak zwraca uwagę na pewien poważny problem naszego społeczeństwa i pokazuje jak bardzo jest ono zatrute głupotą.

God Bless America (2011)

Reżyseria: Bobcat Goldthwait
Data premiery: 9 IX 2011
Studio: Darko Entertainment
W rolach głownych: Joel Murray, Tara Lynne Barr
Gatunek: komediodramat
Subiektywna ocena:

Główny bohater, Frank (Joel Murray), nie należy do ludzi sukcesu oraz prowadzących szczęśliwe życie. Żona porzuciła go dla atrakcyjnego policjanta, córka nie chce go widzieć, dopóki nie da jej najlepszego telefonu, traci pracę, a do tego prognozy lekarzy dotyczące jego zdrowia też nie są optymistyczne. Nic, tylko się zabić… albo zacząć zabijać!

Frank nie umie odnaleźć się w obecnych czasach, nie rozumie dlaczego celebryci uważani są za autorytet, dlaczego promuje się jedynie głupotę, a wulgarne zachowanie nastolatków oraz ich konsumpcyjne podejście do życia od najmłodszych lat jest tak powszechnie akceptowalne. Boli go, że niepełnosprawni ludzie, pragnący spełniać marzenia, są zabawnym obiektem do kpin i poniżania. Skoro i tak nie mam nic do stracenia, to czemu nie zabrać się za małe oczyszczenie świata z plagi idiotów?

Na pierwszy ogień ( i to dosłownie) poszła nastoletnia, rozpuszczona gwiazdka „Supersłodkich urodzinek”. Niezbyt efektowna śmierć w nowym samochodzie, będącym tragiczną wpadką prezentową rodziców dziewczyny, przyciągnęła uwagę szesnastoletniej Roxie (Tara Lynne Barr), która nie za bardzo przepadała za głupawą, zmarłą koleżanką. Postanowiła dołączyć do starego Franka, ponieważ mimo młodego wieku widziała już, jak zniszczone i zatrute głupotą jest ich społeczeństwo.

I tak, nasz nietypowy duet zaczyna krwawą podróż po ojczyźnie, robiąc jej przysługę i likwidując tych, którzy sobie na to zasłużyli. Frank z czasem odkrywa, jak bardzo dojrzała i inteligentna jest jego prawie dwa razy młodsza towarzyszka broni i daje mu to iskierkę nadziei, że nie wszyscy z młodego pokolenia muszą być zniszczeni medialną głupotą. Rodzi się między nimi pewien rodzaj przyjaźni, połączonej z wzajemną troską i miłością, jednak w czysto ojcowskim wydaniu.

Myślę, że film spodobał mi się głównie dlatego, że sama często powstrzymuję ochotę zabicia wszystkich dookoła, kiedy przysłuchuję się niektórym rozmowom, włączę telewizję rozrywkową lub odwiedzę popularne portale społecznościowe, gdy widzę, jacy ludzie stają się autorytetami i idolami.

Założę się też, że nie tylko ja. Jednak motyw „zabawy w Boga” i  oceny samemu, kto powinien umrzeć, a kto żyć, jest niewątpliwie jednym z najbardziej kontrowersyjnych. Widzimy ludzkie błędy, głupotę, brak moralności, jednak czy wymierzając sami sprawiedliwość, będąc tylko ludźmi, nie doprowadzimy siebie do zupełnej znieczulicy i czy będziemy umieli przestać, nawet jeśli bycie „Bogiem” nam się spodoba? Ci, którzy znają popularne anime Death note, wiedzą jak kończy się próba wymierzania sprawiedliwości własnoręcznie. Nawet, jeśli na początku nasze działania wydają się słuszne.

Film jednak niewątpliwie skłania nas do przemyśleń, czy przypadkiem nie jestem taki, jak ofiary naszej dwójki bohaterów oraz czy nie jestem na dobrej drodze do stania się kimś podobnym.

A może otaczają mnie ludzie, których wszechobecna głupota dopadła na dobre? Może warto zainterweniować w bardziej moralny sposób?

Według mnie, „God bless America” nie jest produkcją, która ma służyć tylko rozrywce, ale przede wszystkim zwrócić uwagę na to, jak poważny problem nas dotyczy oraz by próbować zmienić to, zanim będzie za późno.

Natalia Rodziewicz
Pisać lubi, ale nie o sobie. Działalność przy NG jest dla niej przede wszystkim odskocznią od szarości dnia codziennego i próbą robienia więcej, niż społeczeństwo oczekuje. PITCA4LIFE, LIFE4PITCA.
Komentarze