„Born In The USA” Springsteen’a: wspominki o Wietnamie i problemach przeciętnego John’a Smith’a

~ 16 minuty czytania
2 czerwca 2017

W tą niedzielę, 4 czerwca, wypada już 33 rocznica wydania wydania albumu Born In The U.S.A. jednej z niepodważalnych legend amerykańskiej muzyki rockowej – Bruce’a Springsteen’a. Piosenka tytułowa okazała się nie tylko wielkim hitem, ale też wielkim interpretacyjnym nieporozumieniem.

Patetycznie wybrzmiewające „BORN IN THE U.S.A., I WAS BORN IN THE U.S.A.” z głośników odtwarzaczy oraz radia napawało i wciąż napawa dumą i nostalgią amerykańskich patriotów, bezkompromisowo dumnych z dorobku swojego kraju. Za utwór wyrazu zachwytu nad tym krajem traktuje się go również poza jego granicami (co jest jednak bardziej zrozumiałe). Aby to stwierdzić nie muszę szukać daleko. Na fali ambicji bycia „amerykańskim” w Polsce niejednokrotnie spotykałem się z podejściem jakoby utwór był manifestem nieskazitelnej fascynacji potęgą Stanów Zjednoczonych Ameryki.

A utwór ma całkiem inny wydźwięk. Cóż, trudno się dziwić – nie tylko chórki są wręcz wykrzyczane, więc logiczne że podczas luźnego słuchania radia wpadnie nam przede wszystkim przyjemna, charakterystyczna melodia i słowa „urodziłem się w Stanach”.

Pieśń barda wyrwana w kontekst mainstreamu

Springsteen to jest bez dwóch zdań taki bard XX i XXI wieku. Jego utwory to z reguły nie tylko przyjemne melodie, ale bardzo często też cała idea w tle. Zawsze jak dzieje się coś w jego otoczeniu, kraju czy świecie – bierze gitarę i snuje pieśni na najróżniejsze tematy trudzące świat. Springsteen to niewątpliwie osoba o zapatrywaniach pacyfistycznych. Nic więc dziwnego, że w latach zimnej wojny był jednym z głosów sprzeciwu na wojnę w Wietnamie – zrobił zresztą własną wersję protest songu Edwina Starra „War” z początku lat 70.

W latach 80. w Stanach doszło do kolejnych dziwnych zjawisk związanych z wojną w Wietnamie a precyzyjniej – z jej weteranami. Springsteen stał się tym razem głosem sprzeciwu przeciwko ich wykluczeniu. I tak, ma to miejsce właśnie w utworze Born In The U.S.A..

Ale o co w tej wojnie w Wietnamie w ogóle chodziło?

Wietnamczycy walki wyzwoleńcze mają już we krwi i wpisane w swoją historię. W 111 r. p. n. e. plemiona wietnamskie zostały zdominowane przez Chińczyków – m.in. dzięki ich kronikom znamy historię tego kraju. Mniej więcej tysiąc lat później, w 939 r. n.e. Wietnam zdobył niepodległość. Nie był to jednak koniec konfliktów wietnamsko-chińskich – w 1406 r. Chiny ponownie zajęły Kraj Południa. Teraz ich rządy trwały krócej – 12 lat później wybuchło wielkie powstanie, które zapoczątkowało walki na kolejne 10 lat. Ponownie Wietnamczycy „pogonili” Chińczyków.

Później rozpoczął się żmudny proces kształtowania państwa, które prowadziło ciągłe walki z sąsiadami. Najistotniejszym jest, że często dochodziło też do konfliktów pomiędzy władcami południa i północy – podobne niesnaski były genezą II wojny indochińskiej, którą znamy pospolicie jako wojnę w Wietnamie.

Istotna tutaj będzie też I wojna indochińska, która swoje początki ma w procesie kolonizacji Wietnamu przez Francuzów w XIX wieku. Ocena rządów Francji jest trudna do oceny – niosła ze sobą sporo dobrego, jednak wzbudzała też duże niezadowolenie wśród Wietnamczyków już od samego początku.

W 1890 roku na świat przyszedł Nguyen That Thanh, który dla historii znany bardziej jest jako Ho Chi Minh, co oznacza „ten który niesie światło”. W wieku 20 lat z różnych przyczyn – głównie politycznych – musiał on opuścić Wietnam by później do niego wrócić i odmienić jego los. Odwiedził między innymi Stany Zjednoczone, Wielką Brytanię czy właśnie Francję. Działacz komunistyczny, promotor wietnamskiej wersji marksizmu-leninizmu. Jego życiorys to temat na zupełnie osobny artykuł.

Najistotniejsze w tym momencie jest to, że zaraz po II wojnie światowej doprowadził do ustanowienia niepodległości „Demokratycznej” Republiki Wietnamu 2 września 1945 r. tworząc ją z obszarów byłych kolonii francuskich na północy kraju: Annamu, Tonkinu i Kochinchiny.  W marcu 1946 r. doszło do porozumienia DRW z Republiką Francuską uznając Wietnam Północny za wolne państwo z Ho Chi Minhem u władzy.

Jednostki Legii Cudzoziemskiej (” francuska elitarna zawodowa jednostka bojowa, w której formalnie mogą służyć wyłącznie obywatele obcych państw.” ~ Wikipedia) przesłuchujący żołnierza jednostek Viet Minhu.

W międzyczasie jednak z północy nacierały wojska chińskie, dlatego też Ho musiał zwrócić się do Francji o wsparcie. Gdy wojska francuskie zaczęły docierać do Hanoi, doszło do nieporozumień pomiędzy wojskiem francuskim a wietnamskim, czego efektem było siłowe zajęcie portu Hanoi przez Francuzów, niosące śmierć kilku tysiącom osób – miało to miejsce 18 listopada 1946 r. Niedługo później, bo w nocy z 19 na 20 listopada doszło do obalenia rządów Ho Chi Minha. Zaowocowało to wybuchem I wojny indochińskiej pomiędzy Francją a partyzanckimi siłami Viet Minhu, trwającej aż do 1954 r. Decydujące były zmagania o Dien Bien Phu, który ostatecznie upadł 7 maja. O ile pod względem militarnym nie uderzało to tak mocno we Francję jako wojsko to jednak mocno osłabiło morale żołnierzy.

Do rozmów na temat dalszej przyszłości obszaru Azji Południowo-Wschodniej przystąpili przedstawiciele Demokratycznej Republiki Wietnamu, Republiki Wietnamu (południowa część Wietnamu), Królestwa Laosu, Kambodży, ZSRR, Chin, USA, Francji oraz U.S.A. w Genewie. Przez Stany Zjednoczone postanowienia tam zawarte jedynie zostały przyjęte do wiadomości, władze giganta nigdy się jednak pod nim  nie podpisały. Ówczesny prezydent, Dwight Eisenhower, miał owy traktat podsumować słowami: Stany Zjednoczone Ameryki nie mogą być stroną w traktacie, który uczyniłby kogokolwiek niewolnikiem. W okresie zimnej wojny już sama rozmowa z komunistami jako równy z równym dla Amerykanów była trudna do wyobrażenia. Pozostałe strony konfliktu o dziwo były dość elastyczne i przychylne żądaniom Viet Minchu.

Najistotniejszymi postanowieniami były decyzje o wycofaniu sił francuskich z Indochin i wyznaczenie linii demarkacyjnej wzdłuż rzeki Ben Hai, która płynie niemal równolegle do 17 równoleżnika. Południowa część została przekształcona w Republikę Wietnamu pod rządami Bao Daja, a północna część zostanie pod rządami Demokratycznej Republiki Wietnamu. Viet Minh w całości miał być przegrupowany na tereny północne, natomiast francuskie siły z korpusu ekspedycyjnego – na południowe, skąd miały zostać przekierowane z powrotem do Francji. Wietnamczycy mieli rok na wybór, w której Republice chcą mieszkać, a dwa lata od podpisania traktatu (20 lipca 1954 r.) władze obu republik miały się porozumieć w sprawie przeprowadzenia ogólnokrajowych wyborów i ewentualnego połączenia się w jeden organizm. Jako ciekawostkę można wskazać fakt, że do komisji mającej na celu kontrolowanie realizacji postanowień weszli przedstawiciele Kanady, Indii oraz… Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.

Kiedy w 1954 r. Francuzi wycofywali się z Wietnamu, Republiką Wietnamu [Południowego] zainteresowały się USA dając mu swoją protekcję. Razem z nią pojawił się Ngo Dinh Diem jako jej nowy prezydent, otwarcie popierany przez Eisenhowera. Rząd Diema dostawał pomoc finansową od USA liczoną w miliardach dolarów. Wiązało się to z idealistyczną wizją tworzenia alternatywy dla komunizmu, tak nienawidzonego przez ówczesną politykę Stanów.

Prezydent Dwight D. Eisenhower witający Ngo Dinh Diem na lotnisku Washington National Airport (5. sierpnia 1957 r).

Był on pro-amerykański a zarazem silnie antyfrancuski. Wyemigrował on zresztą z kraju właśnie do USA w 1945 r. oddając się medytacjom i studiom ze względu na swoje niezadowolenie z polityki Francji w stosunku do jego kraju. Jego prezydentura była dość kontrowersyjna, a przede wszystkim nacechowana strachem przed komunistami i agentami z Północy – m.in. dlatego bardzo niechętnie dzielił się władzą i starał się nawet najdrobniejszy detal administracyjny ustalać samemu. Strach ten doprowadzał m.in. do represji na opozycji socjalistycznej, co z czasem zaczynało wzbudzać niezadowolenie społeczeństwa. Innym, poważnym problemem polityki Diema było faworyzowanie katolików, a do tej pory w Wietnamie największą popularnością cieszą się rdzenne wierzenia oraz buddyzm.

Napiętą sytuację w pewnym momencie zaczął wykorzystywać Ho Chi Minch tworząc Narodowy Front Wyzwolenia Wietnamu Południowego, który miał zapobiegać układom diemowsko-amerykańskim. Jego utworzenie miało miejsce na początku lat 60. Owocowało to m.in.przejmowaniem kontroli nad ludnością wiejską przez NFW, a także atakami na administrację Diema. Amerykanie i rząd Południowego Wietnamu zwykli nazywać ten ruch partyzancki Wietkongiem. W odwecie strona amerykańska rozpoczęła pomoc w tworzeniu Armii Republiki Wietnamu, wspomagając ją finansowo a także organizując szkolenia dla wietnamskich oficerów i generałów w Stanach, jak i innych krajach zachodnich. W okresie prezydentury John’a F. Kennedy’ego na terenie Wietnamu Południowego zaczęły również stacjonować jednostki US Army Special Forces, zwane potocznie Zielonymi Beretami.

Nie ma co ukrywać – w Południowym Wietnamie trwała wojna domowa. Amerykańscy planiści wojenni mieli cały program na poradzenie sobie z atakami ze strony DRW i Wietkongu, jednakże nie chcieli oficjalnie włączać się w wojnę obawiając się braku poparcia ze strony opinii publicznej. Plany zostały ułożone już na początku 1964 r.

Oficjalny powód do wypowiedzenia wojny Demokratycznej Republice Wietnamu przedstawiciele strony amerykańskiej odnaleźli w wydarzeniach z 2. sierpnia tego roku. Miało wtedy dojść do tzw. incydentu w Zatoce Tonkińskiej. Niszczyciel „Maddox” był podczas zwiadów, których celem było rozpoznanie i rozpracowanie północno-wietnamskiego systemu radiolokacyjnego. Miał on być dwukrotnie zaatakowany przez kutry torpedowe sił Demokratycznej Republiki Wietnamu, co miało być głównym pretekstem do zbrojnego wkroczenia w tej obszar.

Wysłużony niszczyciel USS Maddox podczas II Wojny światowej, który to później został bohaterem tzw. „incydentu w Zatoce Tonkińskiej” z 1964 r. Niszczyciel miał być zaatakowany przez kutry torpedowe sił Demokratycznej Republiki Wietnamu, co miało być głównym pretekstem do zbrojnego wkroczenia w tej obszar.

Dzisiaj uznaje się owy incydent za prowokację, a raporty za sfingowane. Uważa się, że prezydent Lyndon B. Johnson oraz jego administracja potrzebowała sposobu na przekonanie Kongresu do podjęcia działań wojennych na terenie Indiochin i cała mistyfikacja incydentu w Zatoce Tonkińskiej miała być tą metodą.

Syndrom wietnamski i inne następstwa wojny w Wietnamie

Postanowiłem, że dokładniejszy przebieg wojny w Wietnamie, a także kontrowersje z nią związane, opiszę w osobnym artykule, a tutaj skupimy się na tym co było głównym zamysłem, czyli utwór Born In The U.S.A. Po co zatem tyle historii? Bo jest ona niezbędna do interpretacji utworu. Kiedy myśli się o wojnie w Wietnamie myśli się raczej o konflikcie amerykańsko-wietnamskim, bez brania pod uwagę konfliktów wewnętrznych pomiędzy samymi Wietnamczykami (lub w ogóle: z brakiem wiedzy na ten temat). W ogólnym przekonaniu często mam wrażenie przybycie Amerykanów do Wietnamu jest dla społeczeństwa niejasne i często spostrzega się to jako zwyczajny najazd Stanów na Wietnam.

Możemy sobie tylko powiedzieć, że walki trwały jeszcze do 1975 roku. Zakończyły się one zwycięstwem komunistów z Północy, a Amerykanie zostali zmuszeni do wycofania swoich wojsk. Dlaczego skupiałem się bardziej na konfliktach przed tą „domyślną” wojną w Wietnamie? Tutaj należy wrócić do poprzedniego akapitu – aby zrozumieć skąd żołnierze amerykańscy się tam wzięli. Skąd pojawili się wszyscy młodzi ludzie, nierzadko stłamszeni swoją sytuacją ekonomiczną, a także z wpojoną niechęcią – wręcz nienawiścią do komunizmu. Wojna wietnamska wzbudziła u Amerykanów tzw. „syndrom wietnamski”. Korzystając z Wikipedii:

Wojna w Wietnamie poważnie zachwiała w społeczeństwie amerykańskim pewność siebie i wiarę we własne możliwości. Przez następne dwadzieścia lat w amerykańskiej polityce istniał „syndrom Wietnamu”, czyli niechęć do angażowania sił amerykańskich w jakiekolwiek długotrwałe działania zbrojne w krajach Trzeciego Świata.
—Wikiepdia: Wojna w Wietnamie [dostęp: 21. maja 2017 r]

Społeczeństwo zaczęło wypierać ze swojej świadomości fakt uczestnictwa w wojnie, a jej kombatantów spychać na margines – nie tylko ze względu na fakt klęski, ale i efekty na ich psychice i zdrowiu, jakie ona wywołała.

700 000, czyli blisko 3/4 miliona, ludzi z zespołem stresu pourazowego i problemami z życiem społecznym

Wojna w Wietnamie była pierwszą, w której duży udział miała farmakologia. Dla zniwelowania stresu i reakcji natury psychologicznej żołnierzom amerykańskim podawano najróżniejsze środki, w tym również takie uznawane powszechnie za narkotyki. W latach 80. wyszło na jaw że przeszło 40 000 osób walczących w Wietnamie popadło w nałóg heroinowy. Aż 25% z nich dopuściło się wykroczeń kryminalnych, a ok 40% żonatych weteranów zdecydowało się na rozwód.

Żołnierze Amerykańscy wyskakujący z helikoptera Bell UH-1 „Iroquois”, powszechnie kojarzonego z wojny wietnamskiej (domena publiczna, Wikimedia Commons)

Stąd obrazek weterana wojny wietnamskiej przedstawiającego degenerata, wrak człowieka. Narkoman, alkoholik, niepotrafiący poradzić sobie z życiem w społeczeństwie – emocjonalnie, moralnie czy nawet pod kątem niekaralności. Sam fakt, że żołnierze popadali w takie stany nie świadczyło dobrze o stanie ich psychiki i poczuciu własnej godności – co mogło zrobić z nimi jeszcze napiętnowanie społeczeństwa, szczególnie w kontraście do powitań „weteranów-bohaterów” wcześniejszych konfliktów, w które angażowały się Stany Zjednoczone?

Bruce Springsteen pozujący pod flagą Stanów Zjednoczonych Ameryki

Springsteen od zawsze był zaangażowany w sprawy społeczne a Wietnam był dla niego szczególnie osobisty. Wielu jego przyjaciół zostało właśnie takimi weteranami, część z nich wróciła w trumnie. Ten utwór ma być dla nich swojego rodzaju hołdem. Sam zresztą dostał wezwanie wojskowe, ale od samego początku nie dopuszczał myśli, że tam pojedzie. Celowo oblał testy sprawnościowe.

Pierwsza wersja została nagrana w okresie Nebraski. Nebraska to wcześniejszy album Bruce’a Springsteen’a, który został wydany w 1982 roku. Ma ona specyficzny klimat, bo została nagrana wyłącznie przez Bruce’a w jego sypialni na czterościeżkowca Tescamu. To akustyczna, nieco mroczna, a z pewnością ponura i refleksyjna płyta. Podczas tych właśnie nagrań powstał Born In The U.S.A. jednak brzmiał tam zupełnie inaczej niż wersja, którą znamy. Została zresztą ona opublikowana później na wydawnictwie Tracks wydanym w 1992 roku.

Zupełnie inny klimat, być może lepiej oddający refleksję autora. Z pewnością znacznie łatwiej usłyszeć tam pojedyncze słowa w przeciwieństwie do wersji z 1984. Springsteen miał zresztą serię koncertów w latach 90. gdzie wykonywał utwór w wersji zbliżonej do tej z Nebraski – jedną z przyczyn miał być właśnie szereg nieporozumień związanych z interpretacją utworu.

A jak utwór definiuje sam autor? W książce autorstwa Jerry’ego Zolten’a pt. Bruce Springsteen, Cultural Studies, and the Runaway American Dream natknąłem się na następujący cytat (tłumaczenie własne, we współpracy z redakcyjnym kolegą Alanem Ć.):

„Born in the USA” jest o człowieku klasy robotniczej w środku kryzysu duchowego, w którym sam się zagubił… Jakby nie miał już nic łączącego go ze społeczeństwem. Jest odizolowany od rządu, odizolowany od swojej rodziny, do stopnia, gdzie już nic nie ma dla niego sensu.
— Bruce Springsteen o piosence „Born In The U.S.A.”

Czyli poniekąd streszczenie do tego, o czym pisałem do tej pory na temat stanu duchowego amerykańskich żołnierzy walczących w Wietnamie. Zwykli ludzie, którzy przez jedno wydarzenie, za które nie do końca są winni, zostają „skreśleni”, odcięci od społeczeństwa. Ale żeby nie bazować tylko na faktach, które odbiegają od samego utworu, przeanalizujmy sobie sam tekst piosenki. Ze znajomością faktów, które przedstawiłem do tej pory nie będziemy mieli problemu ze zrozumieniem piosenki.

Już od samego początku  z tekstu uderza swoista niechęć i zawód nad rzeczywistością, zerknijmy na pierwszą zwrotkę utworu:

tekst oryg., Bruce Springsteen:
Born down in a dead man’s town
The first kick I took was when I hit the ground
You end up like a dog that’s been beat too much
Till you spend half your life just covering up

Tłumaczenie z serwisu polskastacja.pl:
W podłym mieście ujrzałem świat
Pierwszy krok i pierwszy kop w zad
I wiesz od razu, że pieski twój los
Już tylko myślisz, jak wsiąknąć w tło

Nie trzeba poświęcać zbyt wiele czasu na analizę tekstu, aby stwierdzić, że zachwytów nad „amerykańską potęgą” czy „american dream” tutaj najzwyczajniej w świecie nie ma. A im dalej, tym gorzej.

tekst oryg., Bruce Springsteen:
Got in a little hometown jam
So they put a rifle in my hand
Sent me off to a foreign land
To go and kill the yellow man

Tłumaczenie z serwisu polskastacja.pl:
Coś na sumieniu miałem, nie kryję
Więc mi karabin włożyli na szyję
I z nim wysłali w dalekie strony
Bym „żółtków” kosił bez pardonu

Tłumaczenia zawierają pewne uproszczenia – co jest dość częste, bo w końcu to mają być teksty piosenek a nie zbiór wyjaśnień o co chodziło. W tym jednak wypadku, pewne kwestie trzeba rozszerzyć, aby mieć pełną świadomość o czym Bruce Springsteen śpiewa. Got in a little hometown jam przetłumaczone na coś na sumieniu miałem, nie kryję – nie tylko w przypadku wojny w Wietnamie w zamiast pobytu w więzieniu można było wybrać… dołączenie do armii amerykańskiej.

Kolejne linijki są poświęcone temu, co takiego weterana spotykało po powrocie do kraju, czyli najkrócej ujmując społeczne odrzucenie i umywanie rączek:

tekst oryg., Bruce Springsteen:
Come back home to the refinery
Hiring man said Son if it was up to me
Went down to see my V.A. man
He said Son, don’t you understand

Tłumaczenie z serwisu polskastacja.pl:
Do rafinerii wróciłem, do domu
Gość w kadrach, chciał, lecz nie mógł mi pomóc
A w urzędzie do spraw weteranów
Facet rzekł: ‘Synu, skąd się urwałeś?”…

Utwór kończy zwrotka skupiająca się na tym stanie zadumania, refleksji, który wyniszczał niejednego, który wrócił z Wietnamu. Trudno nie poczuć tej rozpaczy i goryczy na temat sytuacji i poczucie braku miejsca, osoby do której podmiot liryczny mógłby się udać.

tekst oryg., Bruce Springsteen:
I had a brother at Khe Sahn
Fighting off the Viet Cong
They’re still there, he’s all gone
He had a woman he loved in Saigon
I got a picture of him in her arms now
Down in the shadow of the penitentiary
Out by the gas fires of the refinery
I’m ten years burning down the road
Nowhere to run ain’t got nowhere to go

Tłumaczenie z serwisu polskastacja.pl:
Mój brat pod Khe Sahn
z Wietkongiem walczył
Jego już nie ma, a oni zostali
Kobietę w Sajgonie miał, którą kochał
Wciąż mam to zdjęcie: on, w jej ramionach.
Wlokąc za sobą cień murów więziennych
I gnany żarem ognia rafinerii
Już dziesięć lat się tułam w drodze
Nie mam gdzie pójść, nie mam skąd odejść

Dla przypomnienia i sprecyzowania: Wietkong to określenie przyjęte na partyzantkę komunistyczną Narodowego Frontu Wyzwolenia Wietnamu Południowego działającą na korzyść „Demokratycznej” Republiki Wietnamu. Natomiast w 1968 roku doszło do dość istotnej części wojny w Wietnamie znanej powszechnie jako Ofensywa Tết, w której to stroną nacierającą była Armia Północnego Wietnamu oraz właśnie Wietkong.

Jednym z miejsc walk było właśnie Khe Sahn. Walki skończyły się sromotną klęską komunistów, jednak armia południowego Wietnamu oraz Amerykanie odnieśli dość dotkliwe straty – a ci drudzy szczególną, bo opinia publiczna zaczęła wycofywać się ze wspierania Armii Amerykańskiej, co było zaczątkiem do decyzji wycofania wojsk amerykańskich z terytorium Wietnamu.

Ta ostatnia zwrotka dobitnie ilustruje jak bardzo wojna wietnamska namieszała na przestrzeni emocjonalnej jej uczestników. Był brat, ale poległ w walkach, które z czasem zaczęły okazywać się coraz to bardziej bezsensowne i bezcelowe. Razem z bratem przepadła miłość – tak podstawowa potrzeba ludzka – która de facto nawet nie miała okazji zakwitnąć. Do tego wszystkiego bolesny fakt, że wszystkie te straty na marne – ci komuniści z Wietkongu ostatecznie zwyciężyli („Jego już nie ma, a oni zostali”). No i tak „już dziesięć lat się tuła w drodze”; samotnie z tymi wszystkimi myślami…

Można więc powiedzieć, że wykrzykiwanie „urodziłem się w USA” nie reprezentuje grupy z tego nader dumnej, a raczej jest głosem pewnej rodzaju frustracji i domagania się godnego, normalnego życia i traktowania we własnym kraju. Urodziłem się tutaj tak samo jak Wy – nie spychajcie mnie w margines, bo to co się ze mną dzieje jest winą niejako tego kraju, jego administracji, którą wybraliśmy wspólnie w wyniku wyborów.

Inne smaczki polityczno-społeczne na Born In The U.S.A.

Born In The U.S.A., jako cały album, uderza w wizję „amerykańskiego snu” i ogólną sielankowość kraju wuja Sama niejednokrotnie.  Na płycie nie brakuje innych utworów dzięki którym Springsteen zdobył reputację „głosu ludu” śpiewającego o realnych problemach zwykłych ludzi klasy robotniczej. Takim przykładem może być chociażby utwór My Hometown, który był de facto ilustracją realiów społeczno-ekonomicznych okresu dorastania i dojrzewania Springsteena w Freehold Borough w New Jersey, z którym wiązał dużo niemiłych wspomnień (któremu zresztą poświęcił jeszcze jeden utwór, zatytułowany po prostu Freehold, który był często wykonywany podczas trasy koncertowej E Street Band w 1999 r.).

Wielu Amerykanów znało sytuację opisaną w tym utworze. Brak perspektyw, problemy z dostępnością pracy, napięte sytuacje na tle rasowym – to dość często problemy młodych (i nie tylko) Amerykanów, które mocno kontrastują od barwności epoki lat 80. jaką kojarzymy z popkultury. W podobny ton wpisują się chociażby bardzo podobny w przekazie Downbound Train gdzie jednak dużą rolę odgrywają emocje związane z relacjami damsko-męskimi czy Glory Days, który w dużym skrócie przybliża jak na przestrzeni lat zmienia się pretekst do picia alkoholu.

Nic zatem dziwnego, że przy okazji filmu dokumentalnego Springsteen & I z 2013 roku, gdzie kilkanaścioro fanów muzyki Springsteena opisuje to jak jego muzyka wpłynęła na ich życie, w momencie gdy pada pytanie jakimi słowami można opisać twórczość Bruce’a to jednymi z najmocniej przebrzmiewających jest hope (nadzieja) i togetherness (więź, bliskość).

Nie zabrakło tam także smaczków związanych z polityką lat 80. w Polsce. We wkładce znajdziemy zdjęcie zespołu, na którym gitarzysta Steven Van Zandt jest ubrany w koszulkę z wizerunkiem Orła Białego (z koroną! ówczesny herb Rzeczypospolitej Polskiej Ludowej tego atrybutu nie posiadał) oraz logiem Solidarności.

źródło: coverdude.com

Cały potencjał głosu klasy robotniczej jaki wypracował sobie Springsteen tym albumem został później wykorzystany, nie do końca uczciwie, w kampanii wyborczej na drugą kadencję Ronalda Reagana. W jednym ze swoich przemówień użył, w wolnym tłumaczeniu, następujących słów:

Przyszłość Ameryki spoczywa w marzeniach skrytych w Waszych sercach. Spoczywa ona w nadzieji jaką niosą ze sobą piosenki, które tak wielu młodych Amerykanów podziwia: piosenkach Bruce’a Springsteen’a z New Jersey. A pomoc w spełnieniu tych marzeń to wszystko na czym będzie skupiać się moja praca.

Reagan nie spodziewał się jednak chyba, że Springsteen wcale go nie popiera i wypowiedzenie tych słów, których retoryka sprowadza się do „lubisz piosenki Springsteena = głosuj na mnie”, wywowała aktywny sprzeciw artysty.

O Born In The U.S.A. przez pryzmat czysto muzyczny

Born In The U.S.A. pojawia się w zasadzie na każdym większym przekrojowym przeglądzie „albumów, które musisz posłuchać/które zmieniły muzykę/kultowych”. Fotografia z okładki autorstwa Annie Leibovitz stała się jedną z ikon lat 80., a sama płyta tylko w Stanach pokryła się 15 razy platyną (sprzedanych zostało przeszło 15,000,000 kopii), Australijczycy pokryli ją 13 razy, a Nowa Zelandia – aż 17 razy. Nie gorzej wygląda to w Europie – Wielka Brytania przyznała ją 3-krotnie, a Niemcy i Finowie 2-krotnie.

Bruce Springsteen – Born In The U.S.A.

Premiera: 4 czerwca 1984 r / Wydawca: Columbia Records / Czas trwania: 46:19

Tracklista:
1. Born In The U.S.A. / 2. Cover Me / 3. Darlington County / 4. Working on the Highway / 5. Downbound Train / 6. I’m On Fire / 7. No Surrender / 8. Bobby Jean / 9. I’m Goin’ Down / 10. Glory Days / 11. Dancing In The Dark / 12. My Hometown

Album, jak i single z niego, lądowały na szczytach list przebojów amerykańskiego Billboardu, jak i zagranicznych. Pomogło to w popularyzacji twórczości Springsteena, jak i innych twórców tzw. heartland rocka jak na przykład Bob’a Seger’a czy Tom’a Petty’ego, którzy też w swojej twórczości często poruszali kwestie i problemy dotykające tzw. niebieskich kołnierzyków – socjologowie zwykle określają tak pracowników linii produkcyjnych, mechaników, magazynierów i innych szarych, niższego szczebla ludzi, którym magiczny, amerykański sukces nie wyszedł.

Nie brakuje jednak opinii jakoby Springsteen na tym albumie się „sprzedał”; zrobił skok na kasę. Trudno się w sumie takim opiniom dziwić, bo możliwe że gdyby nie melodyjność albumu oraz zastosowanie bardziej „ówczesnego instrumentarium”, czyli w tym wypadku zastosowanie syntezatora zamiast organów hammonda czy fenderowskiego rhodesa, to album mógłby nigdy takiej popularności się nie doczekać.

Clarence Clemmons i Bruce Springsteen w 1975 r

Bo każdy kto zna twórczość Springsteena wie jaki przeskok brzmieniowy jest pomiędzy Nebraską czy takim Born To Run z 1975 r., a właśnie Born In The U.S.A. (a kto nie zna – niech posłucha wersji utworu, o którym cały ten tekst traktuje z albumu z 1984, a tą z wydawnictwa Tracks).

Nie obyło się też bez zmiany wizerunkowej. Bruce raczej zawsze był wychudzonym chłopaczkiem z telecasterem, dość mocno kontrastującym z posturą saksofonisty Clarence’a Clemons’a. Z nowym albumem w 1984 roku powrócił także z trochę odświeżonym wizerunkiem. Zauważalna poprawa muskulatury, niebieskie Levi’sy (tego typu spodnie jeansowe były częstym elementem odzieży roboczej), biały podkoszulek, czyli niemal typowy wizerunek mężczyzny z klasy blue collars, o której wspominałem kilka akapitów wcześniej.

Niektórym to się nie do końca spodobało i bez wątpienia nie brakuje sceptyków tej zmiany dzisiaj. Warto jednak tutaj mieć na uwadze, że w 1984 r. Bruce kończył 35 lat, a Born To Run, za które też zdobył rzesze wielbicieli, zostało wydane blisko 10 lat wcześniej. Jakby zmiany nie było, to można by uznać że Springsteen stanął w miejscu – zarówno jako muzyk, jak i człowiek.

Mimo tak ogromnego sukcesu, w tym też komercyjnego, albumu i utworu tytułowego – uważam że Springsteen potrafi zachować dobry smak i honor. Chociażby niezbyt stary fakt, gdy amerykańska firma Chrysler zajmująca się produkcją samochodów proponowała artyście równo 12 milionów dolarów za możliwość użycia utworu „Born In The U.S.A.” w jednej ze swoich reklam. Jest to suma, która może wzbudzić zainteresowanie każdego. On jednak odrzucił propozycję (co ma już w zasadzie w nawyku – Springsteen bardzo niechętnie użycza swoich utworów do reklam, ale to ponoć rekordowa propozycja).


Komentarz od autora

Wszystkim, którzy dobrnęli do końca dziękuję za cierpliwość, ciekawość i poświęcony czas. Nie da się ukryć, że jest to tekst nad którym spędziłem kilkanaście godzin, doczytując i weryfikując w najróżniejszych publikacjach polsko- jak i anglo- języcznych, aby nie pisać bzdur – chciałem rzetelnie przedstawić zarówno album, jak i utwór, który jest tak zakorzeniony również w naszej kulturze, ale tak rzadko ktoś rozumie jego rolę. Często spotykałem się z ujmami na jego temat, jakoby był odpowiedzią na „American dream”, a my przecież żyjemy oddaleni od tego świata o tysiące kilometrów, ale jak dobrze przyjrzeć się tekstom z tego albumu – to są one bardzo bieżące zarówno dla Europy, jak i Polski.

Artykuł ma kilka swoich wad, które wynikają z presji czasu, którą sam na siebie wywierałem – chciałem opublikować tekst możliwie najbliżej rocznicy. Pozwoliłem sobie w związku z tym na pewne uproszczenia. Jednym z nich jest chociażby skorzystanie z tłumaczeń „z internetu”, które często naruszają przekaz artysty – uznałem jednak, że to do którego artykuł się odwołuje jest całkiem bliskie oryginału, a pozostałe niespójności interpretacyjne wyjaśniłem w komentarzach odnośnie każdej zwrotki piosenki.

Żołnierze amerykańscy natomiast, można uznać, zostali przedstawieni jako największe ofiary konfliktu – co nie jest do końca prawdą i mają też swoje na sumieniu. Tekst jednak nie jest poniekąd poświęcony II wojnie indochińskiej, a utworowi Springsteena, który był protestem przeciwko wykluczeniu weteranów z życia publicznego. Chciałem przedstawić przesłanki jakimi kierował się muzyk podczas pisania tego utworu, nie natomiast próbować wyrazić własną czy „obiektywną” opinię czy wniosek na temat tego konfliktu.

Celem mojego tekstu było pobieżne sprostowanie dwóch rzeczy: po pierwsze skąd wzięły się Stany w konflikcie w Wietnamie oraz błędne spostrzeganie przesłania całego albumu. Chciałem też pokazać, że bodźcem do tego typu poszukiwań może być cokolwiek z popkultury – którą warto rozumieć, a do jej zrozumienia niekiedy jest potrzebna znacznie większa wiedza niż do zrozumienia sztuki pięknej, tzw.  wyższej.

Temat, dzięki pisaniu tego tekstu, niesłychanie mnie pochłonął, dając mi nie lada przyjemność wgłębiania się w niego i z pewnością do niego jeszcze wrócę – skupiając się jednak na szerszej analizie niźli przez pryzmat słów Bruce’a Springsteena. Zachęcam zatem do obserwowania zarówno fanpage’a Nieproszonych Gości, jak i mojego prywatnego gdzie będą się pojawiać zajawki z prac nad kolejnymi artykułami – kolejny pojawić się może już w wakacje!

Paweł Wojciechowski

Stworzyłem ten rozgardiasz spleciony pasją do nieco bardziej analitycznego przyglądania się rzeczywistości niż tylko „scrolluj scrolluj lajk scrolluj”, aby realizować swoją pewną poboczną pasjo-misję w towarzystwie ludzi, którzy czują podobną potrzebę.

A ową pasjo-misją jest nienachalne przybliżanie ludziom tego, co uznaję za ciekawe: trochę ciekawostek z historii, muzyki rockowej i kanonu klasycznego; czasem przepleść może się coś całkiem oderwanego od tej planety (dosłownie), a czasem też klasyczna, przegniła popkultura, w której ostatnio dostrzegam coraz więcej piękna.

Komentarze