Connected: symbioza w obliczu zatrutego świata

Connected to ciekawa produkcja z 2009 roku. Nietypowa krótkometrażowa forma czerpiąca wzorce z estetyki klasyki sci-fi przeplecioną nawiązaniami do westernów i wylewającą się aurą post apokalipsy opowie nam historię o wadze powietrza i znaczeniu  symbiozy z drugim człowiekiem w naszym życiu.

Connected (2009)

Subiektywna ocena:
Premiera:  4 września 2009
Scenariusz i reżyseria: Jens Raunkjær Christensen, Jonas Drotner Mouritsen
Muzyka: Peter Kyed, Peter Peter
Zdjęcia: Niels A. Hansen
Projekt strojów: Susanne Guldager
Występują: Anders Houmann, Tobias Shaw Petersen, Dion Raufort

Science-fiction w niecodziennej formie

Film to efekt realizacji marzenia dwóch młodych twórców z Danii, którzy poznali się przy okazji studiów. Jens Raunkjær Christensen oraz Jonas Drotner Mouritsen odpowiadają nie tylko za scenariusz oraz reżyserię, ale też efekty specjalne.

Connected jest całkowicie pozbawiony dialogów, a filmy nieme lub przedstawiające skrajnie minimalistyczne podejście do dialogów mają dla mnie największą wartość i poświęcam im najwięcej uwagi.

Naszym oczom ukazuje się dość specyficzna dla klimatów post-apo scena. Pustynia. Zniszczone miasto i niedobitki – wędrowcy poszukujący nowej drogi w innej rzeczywistości – wyjałowionej z przyrody, przepełnionej przerażeniem i niepewnością.

Nie znamy  imion naszych postaci. Dysponujemy tylko znaczkami na ich hełmach. Jest to Koło Trójkąt.

Przy pierwszym podejściu do filmu i jego pierwszych scenach na myśl przyszedł mi obrazek z Drogi Cormaca McCarthy’ego. Ojciec z dzieckiem przemierzający nieznany świat w poszukiwaniu schronienia. W końcu Koło sprawia wrażenie znacznie drobniejszego i słabszego. Jak jest faktycznie? Tego nie wie nikt i każdy może podjąć własną interpretację.

Bohaterowie są połączeni ze sobą specyficznym aparatem powietrznym działającym na zasadzie wymiany tlenu pomiędzy nimi. Żyją zatem w pewnego rodzaju symbiozie obligującej do wzajemnej troski – jeśli jeden przestanie oddychać to drugiego czeka jednakowy los w niedługim czasie.

W pewnym momencie drogę naszych bohaterów krzyżuje postać z identyfikatorem 43 na swoim hełmie. Posiada on rarytasowy sprzęt – pojedynczy aparat tlenowy umożliwiający samodzielną egzystencję. 43 jednak wie nieco więcej o swoim sprzęcie niż Trójkąt, więc to symbiotyzujący sprzęt wydaje mu się być zdecydowanie bardziej przydatny. Dla Trójkąta widzącego upadek swojego towarzysza, który coraz wyraźniej tracił siły to samodzielny aparat zdaje się być wybawieniem… lecz dla wszystkich to spotkanie okazało się końcem ich istnienia.

Tylko rewelacyjny obraz czy coś więcej?

Jakie przesłanie stało za pomysłem twórców? Przypomnienie nam o tym co może nam grozić przez ludzki bezgraniczny konsupcjonizm połączony z brakiem szacunku wobec Matki Natury? O tym, że jedno istnienie zawsze polega na egzystencji drugiego? Przestrzec przed gonitwą o bezgraniczną samodzielność? Może coś innego? A co jeśli chcieli osiągnąć tylko pewną estetykę?

To jest urok krótkometrażowek, który wprost uwielbiam. Z jednej strony twórca może cieszyć się dokonanym dziełem, a z drugiej my – możemy się bez końca bawić w próbę jego pełnego zinterpretowania. Nie jest to oczywiście reguła, bo niektóre krótkometrażówki znacznie czytelniej narzucają nam swój sens.  Ta jednak zdecydowanie zalicza się do tych pierwszych.

Retro-smaczki w Connected

Postacie i technologia, którą dysponują przypomina raczej wczesne produkcje sci-fi niż współczesne przepełnione laserami i bajerami, które zdecydowanie szybko się przejadają i nudzą. Stylistyka ta bije też z plakatu. Sami twórcy nie kryją inspiracji plakatami czy okładkami komiksów fantastyki naukowej lat 20. czy 60.

Science-fiction starszej generacji to nie jedyny motyw retro wyczuwalny w produkcji. Sposób przedstawienia – obserwującego połączonych – osobnika 43 i sama scena walki przypomina nieco niskobudżetowce o kowbojskich potyczkach potocznie zwane spaghetti westernami – produkcjami o Dzikim Zachodzie realizowanymi po niższych kosztach we Włoszech w skutek kryzysów finansowych w Hollywood pod koniec lat 50.

Mały budżet. Dużo pracy. Jeszcze więcej serca. Spektakularny rezultat.

W pracach koncepcyjnych twórcy umieszczali swoje dzieło w surowych krajobrazach Marsa lub pustynnych miastach zniszczonych przez wojnę, za przykład podając Irak. Obraz został zrealizowany w malowniczej kopalni kredy w pobliżu miejscowości Faxe na duńskiej wyspie Zelandia.

W połączeniu z komputerowo stworzonymi elementami i genialną post-produkcją możemy zanurzyć się w krainę złotego środka idei twórców.

Do stylistyki westernów bezspornie nawiązuje muzyka stworzona przez dwójkę artystów – Peter Peter oraz  Peter Kyed. Kolejny finezyjnie przygotowany element nadający produkcji wykwintności. W połączeniu z pustynną apokalipsą nie mogłem bronić się przed skojrzeniami do klimatu, który dawał Fallout: New Vegas.

Stroje to efekt pracy projektantatki Susanne Guldager oraz Michela Riisa odpowiadającego za te industrialne elementy. Najcharakterystyczniejszy element – hełm – został zrobiony metodą DIY z przedmiotów, które zostały znalezione na złomowisku. Kombinezony to przerobione uniformy pilotów z demobilu. Rezultat? Na moje oko rewelacja i wstyd dla producentów tandetnych tworów pożerających grube miliony dolarów, dających efekt jak dla odbiorcy 5-letniego.

Pieniądze na realizację tego filmu pochodzą z jednorazowej dotacji z Duńskiego Instytutu Filmowego.

Źródło obrazków i więcej szczegółów: www.ov43.com



KomentarzeWyraźcie swoje opinie i dyskutujcie!