O kinie zapomnianym

Będąc dzieckiem natrafiłam w telewizji na pewien czarno-biały film. Teoretycznie nic specjalnego, kto z nas nie oglądał  „Czterech Pancernych” czy „Samych swoich”, jeszcze w wersji niezrekonstruowanej? Ale tym razem było to coś zupełnie innego.

Obraz nieco rozmyty, jakby taśma była uszkodzona, wyraźne trzaski w tle. Aktorzy, których widziałam pierwszy raz na oczy, mówią po polsku, ale jakby ze specyficznym akcentem. Poruszają się na ekranie zupełnie nie tak, jak byłam do tego przyzwyczajona. W pałacowych wnętrzach piękni panowie całują po rękach damy w rękawiczkach, przemawiają kwieciście i niemal poetycko. One – wdzięcznie uśmiechają się podkreślonymi szminką ustami i skromnie osłaniają oczy zasłoną rzęs. Smukłe, śliczne i eteryczne. Oglądałam zafascynowana, nie mogąc się nadziwić, że wszystko to tak różni się od tego co widywałam do tej pory. Film, który tak zapamiętałam, to „Trędowata” z 1936 roku. Świat, który tam pokazano, nie istnieje już w takim kształcie, ale pozostały jego odblaski. I właśnie o nich będzie ten tekst.

„Biały murzyn” 1938, reż. Leonard Buczkowski, na zdj.: Mieczysława Ćwiklińska, Jerzy Pichelski

Nudne, śmieszne – czy na pewno?

Filmy powstałe w Polsce w okresie międzywojennym posiadają pewną, tylko im właściwą, specyfikę. Obejmuje ona zarówno bardzo charakterystyczny sposób gry aktorów, jak i montaż czy sposób prowadzenia fabuły. Dla wielu osób emfaza z jaką mówią aktorzy, przerysowanie mimiki czy gestów, może być irytujące lub po prostu śmieszne. Współczesny widz przyzwyczajony jest do dużo subtelniejszego przedstawiania emocji. Dodatkowo, prosta fabuła może wydawać się oczywista dla nieco bardziej wymagającego widza, szczególnie w wypadku komedii.

„Trędowata” 1936, reż. Juliusz Gardan, na zdj.: Elżbieta Barszczewska, Mieczysława Ćwiklińska, Franciszek Brodniewicz, Kazimierz Junosza-Stępowski

Także i sposób montowania filmu nierzadko pozostawia sporo do życzenia. Częste przejścia, sceny sprawiające wrażenie urwanych (i to bynajmniej nie z powodu uszkodzenia taśmy). Wszystko to jest dla dzisiejszego odbiorcy drażniące. Rozpieszczeni możliwościami obecnej kinematografii jesteśmy dużo bardziej wyczuleni na wszelkie tego typu niedociągnięcia. Jeśli jednak nauczymy się patrzeć przez palce na pewne potknięcia twórców, mając na uwadze, że były to początki polskiego kina, możemy odkryć zupełnie inny świat ukryty w tych produkcjach.

„Biały murzyn” 1938, reż. Leonard Buczkowski, na zdj.: Barbara Orwid, Jerzy Pichelski, Stanisław Grolicki

Inny świat, tacy sami my

Rzeczywistość uwieczniona w filmach międzywojnia zdaje się jakby przełamana na pół. Z jednej strony zakorzeniona jest jeszcze w tradycji szlacheckiej, z drugiej – już bardzo współczesna. Po jednej stronie hrabiowie, książęta i ordynaci, społeczna, klasowa hierarchia, inne zwyczaje. Wspaniałe stroje i dbałość o kulturę języka. Trudno uwierzyć, że taki świat, jakby z innego wymiaru, istniał jeszcze niespełna 80 lat temu. A jednak po drugiej stronie bardzo aktualne problemy. Oprócz tematów tak uniwersalnych jak miłość, zazdrość, szczęście, pojawiają się kwestie praw kobiet, wykluczenia, czy podziału klas społecznych. Poruszane mądrze, z rozwagą, subtelniej niż dzisiaj, ale nie można ich nie dostrzec. Może to właśnie ta dwoistość, kontrast między formą, a tematyką sprawia, że problematyka filmów przedwojennych wydaje się tak uderzająco współczesna. Okazuje się, że mimo dziesiątek lat, które przeminęły, mierzymy się z takimi samymi rozterkami jak bohaterowie przedwojennych filmów. Choć zmieniło się tak wiele, wydaje się, jakby nie zmieniło się nic.

„Sportowiec mimo woli” 1939, reż. Mieczysław Krawicz, na zdj.: Adolf Dymsza, Aleksander Żabczyński

Spojrzenie w przeszłość

W filmach międzywojnia jak w soczewce skupiona jest przedwojenna kultura. Polska okresu międzywojnia, jej problemy społeczne i polityczne, słynne diwy i amanci, piękne wnętrza kamienic dawnej Warszawy.  Znamy ten niesamowity świat z literatury, ale to dzięki filmom staje się namacalny, bliski. W żadnej innej formie nie udałoby się tak dokładnie uchwycić niepowtarzalnego klimatu tych czasów. Już choćby dlatego warto po nie sięgnąć. Nie można też zapominać, że jest to często kino mądre i spełniające swoją podstawową funkcję – potrafiące poruszyć widza. Pozwólmy sobie na chwilę zapomnieć o niedociągnięciach technicznych. Wówczas okaże się, że filmy te są nie mniej ciekawe i wywołują emocje w nie mniejszym stopniu niż współczesne.

„Skłamałam” 1937, reż. Mieczysław Krawicz, na zdj.: Jadwiga Smosarska, Eugeniusz Bodo

W najbliższym czasie postaramy się przybliżyć czytelnikom przynajmniej kilka pozycji z kinematografii międzywojnia. Mamy nadzieję, że uda nam się zachęcić do poznania tego pięknego elementu polskiej kultury. Warto na chwilę zanurzyć się we wspomnieniu tej rzeczywistości. Sięgnąć po wspomnianą „Trędowatą”, czy „Serce matki” i poczuć, jak jednocześnie bliski i daleki jest dla współczesnego widza ten czas. Odczuć klimat tego świata, który odszedł w zapomnienie, ale pozostaje uwieczniony na starej rolce filmu.

Zostaw komentarz i podaj dalej, jeśli Ci się spodobało!

Spodobał Ci się ten tekst? Coś w nim nie gra? Chętnie zobaczymy Twoją opinię i się do niej ustosunkujemy! Dla Ciebie chwila, a dla nas sygnał-motywator, że nie robimy tego tylko dla siebie!

Możesz też udostępnić tekst swoim znajomym!

Małgorzata Mielnik

Jestem studentką politechniki, w wolnym czasie czytam i oglądam. Daleko mi do krytyka filmowego, ale lubię mówić i pisać o kinie. Dzięki NG mogę bezkarnie dzielić się swoimi subiektywnymi opiniami o filmie.

Zobacz profil

Sprawdź też: