Jim Morrison: Przebić się na drugą stronę

~ 4 minuty czytania
20 października 2017

Król Jaszczurów wiecznie próbujący przekroczyć granice percepcji. Mr Mojo Risin przebijający się na drugą stronę. Legenda, bohater i symbol przepięknie spapranego życia. Jim Morrison to kolejna ikona kultury, której historia intryguje i przeraża.

Urodził się jako syn oficera marynarki wojennej. Angażująca praca ojca zafundowała młodemu ekscentrykowi ciągłe zmiany mieszkania, znajomych i szkoły. Nie dziwne, że najważniejszymi przyjaciółmi chłopaka stały się książki. Fascynacja Nietzshem, Van Goghiem, Jackiem Kerouaciem czy Williamem Blake’em pojawiła się u niego już jako piętnastolatka. Szaleńcy, potępieńcy, pisarze, poeci, artyści, malarze, filozofowie – wiecznie idący pod prąd, na pohybel władzy i zdewociałym konwenansom, niezmiennie wierni swojej własnej wizji świata i funkcji samych siebie na nim. To towarzystwo Jima Morrisona. Towarzystwo, które początkowo inspirowało go do poszerzania horyzontów, aby z czasem zacząć poważnie przekraczać granice percepcji. Dodajmy do tego budowę ciała a’la Dawid Michała Anioła i fizys na wzór Aleksandra Wielkiego. Morrison był na tyle wyjątkową jednostką, że można by go nazwać chodzącym dziełem sztuki, a jego wiersze (piosenki) mogłyby się wydawać nie tyle aktem twórczym, co zwyczajną konsekwencją jego niezwyczajnego bytu.

Plaża w Venice, rok 1965. Ray Manzarek, student wydziału filmu na Uniwersytecie Kalifornijskim spotyka ekscentrycznego znajomego, który kilka tygodni wcześniej rzucił te same studia przed samym egzaminem końcowym. Podczas rozmowy kolegów, Ray wysłuchuje jednego z wierszy znajomego. Moonlight drive. Tym znajomym jest oczywiście Jim Morrison, a chłopcy bez wahania postanawiają „założyć kapelę rockową i zarobić milion dolarów”. Właśnie w ten sposób powstało The Doors.

The Doors

The Doors, od The Doors of perception – tytułu ksiązki Aldousa Huxleya zainspirowanego słowami Williama Blake’a: Gdyby bramy percepcji zostały otwarte, wszystko ujawniłoby się człowiekowi takim, jakim jest – nieskończonym. Morrison sam powtarzał są rzeczy znane i są rzeczy nieznane. A pomiędzy nimi znajdują się drzwi. Od początku chciał stanowić granicę poznania. Muzyka The Doors – dobry kawał psychodeli z pogranicza rocka i bluesa z domieszką jazzu – świadczy o tym bez dwóch zdań.

Kluczem do drzwi stanu poszerzonej świadomości były dla Morrisona środki psychoaktywne. LSD, haszysz, meskalina (i więcej kolorowych specyfików) otwierały mu umysł. Czuł się indiańskim szamanem – medium oscylującym na granicy wymiaru ludzkiego i nadludzkiego. Break on through (to the other side) – „przebić się na drugą stronę”, choć nie był to początkowo najpopularniejszy singiel zespołu, jest bardzo istotnym manifestem zamysłu Morrisona.

Specjalnością „Pana Charyzmy” stało się przekraczanie granic. Czy to w próbach „przebicia się na drugą stronę”, czy w pochłanianiu coraz większych dawek jego kolorowych wspomagaczy, czy w zwyczajnych sferach życia codziennego. Choć był oddany Pameli Courson – swojej dośmiertnej przyjaciółce i kochance – nie stronił od korzystania z przywilejów „czowieka magnesu”. Jego charyzma, ekscentryczność, ale i niecodzienny seksapil zapewniły mu niejeden burzliwy romans, jak i masę jednorazowych przygód. Co ciekawe jego specyficznemu urokowi zdarzyło się ulec nawet Janis Joplin czy Grace Slick. Specyficznemu, bo Morrison lubił okazywać na zmianę czułość i okrucieństwo. Przykładowo – zdarzyło mu się po wspólnie spędzonej nocy kazać dziewczynie wynosić się przez okno i zabrać jej całą biżuterię, by następnie oddać ją Pameli. Ot taki był z niego uroczy kochanek.

Jim Morrison i Pamela Courson
Jim Morrison i Pamela Courson

I choć takie przekraczanie granic w materii miłości może się wydać zwyczajnie niesmaczne, to jeżeli chodzi o poezję i muzykę stało się legendarne. The End musi być wyjątkowy dla każdego fana The Doors. Hipnotyczny akompaniament i przeżarty żalem i goryczą głos Jima, wybuchająca kanonada instrumentów i treść – nie prosta, a smutna, momentami brutalnie oschła i wieńczący wywód kompleks Edypa – ta skomplikowana całość tworzy niesamowite doznanie muzyczne, któremu ja osobiście oddałam się niejednokrotnie.

Tato?

Tak, synu?

Chcę cię zabić.

Mamo!

Chcę cię zerżnąć!

I choć władzy, cenzurze i starym dewotom biła się piana na ustach, to magnetyzm Morrisona i niecodzienna muzyka przyciągały tłumy.

John Densmore powiedział Jim miał w sobie moc. Był jednocześnie nasz i publiczności. To było coś nowego, odejście od stylu Frankiego Avalona i jemu podobnych. Bo poza swoją niewymuszoną poetyckością, Morrison miał jeszcze swój własny styl sceniczny i jako jeden z pierwszych artystów wniósł do rocka jakość teatralną. Taniec szamana, rzucanie mikrofonem, spazmatyczny krzyk, bluzgi, momentalny cielesny spokój zmieszany z tarzaniem się po podłodze. W ogóle niesubtelne zabiegi artystyczne, które nie tylko były buntem przeciwko sztywnym zasadom władz i ludzkiej obłudzie, ale i swoistym wyzwoleniem się z ciała, spotykały się z ogromnym aplauzem.

Jim Morrison na scenie razem z zespołem The Doors

Dziś wielu uważa, że muzyka The Doors pasuje bardziej na tło do domowej nudy niż do rewolucji obyczajowej, ale prawdą jest, że Morrisonem za jego teksty i koncertowy teatr interesowało się FBI. Za zwymyślanie publiczności od „bandy pierd… idiotów” i publiczne obnażanie się na koncercie w Miami naprawdę groziło mu odebranie wolności. Podobno Pamela Courson zapytała go któregoś razu po co się tak zabija na scenie, skoro ma przed sobą jeszcze dwa sety. Morrison jej odpowiedział „Przecież nigdy nie wiesz, czy ten set nie będzie twoim ostatnim”.

3 lipca 1971 roku Pamela znalazła martwe ciało Jima w wannie w jego paryskim apartamencie. Według oficjalnej informacji zmarł na skutek zawału, ale istnieją dwie inne wersje śmierci muzyka. Pierwsza mówi, że Morrison przedawkował heroinę myląc ją z kokainą. Druga, że jeszcze w klubie przedawkował heroinę, a do domu zostało przywiezione już jego martwe ciało, tak aby znalazła je Pam. Te teorie nie mają aż tak dużego znaczenia. Ważne jest, że ekscentryczny Król Jaszczur żył z całych sił i odszedł przedwcześnie dołączając do tzw. Klubu 27, ale i zostawiając po sobie dorodny spadek w postaci swojej muzyki, poezji i ­legendy Pana – Charyzmy.

Jim Morrison na scenie

 

Natalia Konopka

Literatura piękna, historia, filozofia, psychologia, sztuki wizualne, muzyka – bez tego moje życie zszarzałoby diametralnie, a ja sama straciłabym osobowość. Tym, czym się na co dzień zachwycam, chcę otworzyć oczy ludziom potrzebującym więcej kolorów w życiu. Gama jest tak bogata, więc po co korzystać tylko z trzech podstawowych.
Eviva l’arte!

Komentarze