SALWA’17

~ 1 minute czytania
4 maja 2017

Na SALWA Festiwal wybraliśmy się bardziej towarzysko niż festiwalowo – i to nasz wielki błąd! Festiwal okazał się jedną z nielicznych imprez potrafiących wzbić się ponad wszelkie podziały Słupska i przełamać pewne bariery ciągnące się za inicjatywami z tego miasta od lat.

Natalia Konopka:

Chyba mogę otwarcie powiedzieć, że choć już tam aktualnie nie mieszkam – to ze Słupska pochodzę. Tak jak większość ludzi mojego pokolenia uciekłam z prowincji do metropolii za poszukiwaniem ciekawszego i otwierającego więcej możliwości życia. Tymczasem okazuje się, że to właśnie na prowincji zaczyna się dziać coraz więcej.

To była już 3. edycja Festiwalu SALWA, chociaż ja pojawiłam się na nim po raz pierwszy. Prawdą jest też, że na SALWĘ wybrałam się bardziej z zamiarem spotkania znajomych i przyjaciół, niźli odkrywania festiwalu od środka. I ze skruchą przyznaję, że to był błąd. Skupienie tak dużej liczby straganów, wystaw, warsztatów i stanowisk muzycznych, na ostatecznie wcale niedużej powierzchni deptaku przy ul. Wojska Polskiego – już na wstępie jest imponujące. Z kolei jakość dostępnych na festiwalu atrakcji to sprawa odrębna, ale i tu organizatorzy SALWY całkiem dobrze sobie radzą.

Stoiska wypełnione obrazami, rzeźbami, antykami, rękodziełem oraz możliwość spróbowania swoich sił w danej dziedzinie dzięki warsztatom – to genialny pomysł na zaszczepienie kreatywności w młodej (choć nie tylko) społeczności Słupska przy przyjemnej muzyce i przygryzaniu waty cukrowej.  Dzięki temu pełna nazwa festiwalu – Słupska Akcja Lokalnego Wystrzału Artystycznego – nabiera głębszego sensu.

I choć słońce nas nie opuściło, to jednak festiwal wydał się za krótki. 5 godzin nie wystarczy na uważne przejście przez wszystkie stanowiska, zaczerpnięcie ze wszystkich warsztatów, czy uważne słuchanie każdego z muzyków. Czasu jest też za mało na zwykłe wdychanie powietrza, które wydaje się być smaczniejsze i bardziej wartościowe w gronie tak różnorodnych ludzi. Może receptą na to byłoby stworzenie jednej głównej sceny z możliwością zaprezentowania się każdego muzycznego artysty przed większą audiencją, niż rozstawianie kilku scen na tak niedużym przecież placu?  – być może się nie znam, ale szczerze życzę organizatorom aby znaleźli na to sposób, bo w SALWIE dostrzegam duży potencjał na festiwal krajowy, nie tylko lokalny.

Paweł Wojciechowski:

Ja natomiast zaliczam się do tej niewielkiej gromadki niedobitków, która w regionie słupskim pozostała – powodów jest co najmniej kilka, w tym też nieufność do właśnie „ciekawszego i otwierającego więcej możliwości życia” wielkich miast.

Wśród tych powodów znaleźć można zauroczenie samym miastem – bo niewątpliwie jestem nim zauroczony, zarówno plusami, jak i minusami, które są subtelnie opatulone przez nostalgię.

Jedną z wad miasta, której nie mogę przeboleć to to, że można je podzielić na kilka nieformalnych grup i każda z nich żyje sobie odrębnie. Przekłada się to na przebieg imprez i na to, kogo można zazwyczaj na nich spotkać. Niestety, z reguły nie można na żadnym z takich wydarzeń zobaczyć ludzi całkiem postronnych, zwykłych, „szarych” i spragnionych pokolorowania.

Ku mojemu pozytywnemu zaskoczeniu na SALWIE można było spotkać różne grupy, podmioty i nikt nie próbował wychodzić przed szereg. Mogłem dostrzec też sporo znajomych twarzy zupełnie niezwiązanych z kulturą Słupska. To jest największa moc tego festiwalu w moim odczuciu.

Nie obyło się jednak bez fuckupów na dość elementarnych płaszczyznach. Są dwa, które uderzyły mnie najbardziej. Przede wszystkim godzina zakończenia/otwarcia. Kończyć festiwal uliczny o 18:00 kiedy widno jest jeszcze do godziny 20.? Niepotrzebny chaos wprowadzała też kwestia nagłośnienia, czy raczej ilości źródeł dźwięków, w dodatku całkiem różnych. Muzyka grała ze sceny głównej, osobną wystawił SOK, a także był punkt grający social-clubu Dom Ówka. Każdy swoje, każdy dość głośno. Przypomnijmy, że słupskie Wojska Polskiego to nie sopocki Monciak, ani gdański Długi Targ – ma w przybliżeniu zaledwie 500 m., a przestrzeń festiwalu nie objęła całej długości deptaka.

Niemniej, czas tam spędzony uznaję za zdecydowanie udany i na przyszły rok będę festiwal obserwować dokładniej, bo niestety to również moja pierwsza SALWA – wcześniej nigdy nie pasowało mi terminowo.

B=Hearts

Natalia Konopka:

Tak jak wspomniałam, motywowana spotkaniem z przyjaciółmi udałam się na SALWĘ żeby zobaczyć koncert zespołu B=Hearts. I jeżeli chodzi o nich to się wcale nie zawiodłam. Klaudia Janus (wokal) i Łukasz Sasko (gitara) w dużym uogólnieniu opierają swój aranż na muzyce z lat 60., filtrując to wszystko swoim charakternym i jednocześnie zmysłowym podejściem do muzyki, w czym towarzyszy im na bębnach bezbłędny Adrian Kondratowicz.  Nie jestem pewna czy potrafię wobec ich twórczości być do końca obiektywna, acz tłum jaki ich muzyka zgromadziła wydaje mi się być potwierdzeniem na wyjątkowe piękno ich tworu.

Paweł Wojciechowski:

Tutaj aż tak bardzo się nie wyróżnię – B=Hearts był jednym z głównym powodów, dla których na Salwę się wybrałem. Co najwyżej tym, że w opiniowaniu o zespole jestem bardziej bezstronny, bo ja najpierw poznałem muzykę a później muzyków. Do tej pory bardzo, ale to bardzo miło wspominam koncert grupy w słupskiej Dom Ówce, który obył się w maju zeszłego roku. Trochę ironia, bo szedłem niezbyt entuzjastycznie nastawiony.

Koncert ten odbył się niedługo po rozpadzie innej słupskiej grupy – Black Balloon – w której Klaudia Janus była również wokalistką. Niestety, mimo że na ten zespół było swojego rodzaju „boom” to nigdy nie mogłem mu ulec i podchodziłem do ich muzyki dość sceptycznie. Było to dla mojego gustu zbyt mdłe jeśli chodzi o kompozycje.

Idąc na B=Hearts obawiałem się powtórki z rozrywki – jednak zostałem oczarowany zupełnie w drugą stronę. Ich muzyka urzekła mnie w całości.

W tym roku wybronili się ponownie. Tutaj nie słyszę żadnych mdłości, a konkret i zdecydowanie. Bardziej dojrzałe brzmienie. Moją uwagę, jako fana gitarowego rzemiosła, przykuwa szczególnie Łukasz, który ma świadomość na jakim sprzęcie gra i dlaczego właśnie na nim – a co za tym idzie – jak go wykorzystać. Przebrzmiewa fenderowska „szklanka”; mostek tremolo, ale nie żaden Floyd Rose a legendarny Bigsby; do tego wszystkiego wyraźne ciepłe tony korpusu hollow body. Każdy entuzjasta, można rzec, archaicznego podejścia do gitary elektrycznej będzie wniebowzięty. Uroku dodaje sposób śpiewania Klaudii, który często przełamuje pewne techniczne wzorce, które mogą do gustu przypaść lub nie (co w sztuce chyba jest akurat cechą pożądaną) – mi bez wątpienia przypada.

Natalia Konopka:

Odwiedziwszy festiwal po raz pierwszy, dostrzegam w nim ogromną siłę, jednak – mimo wszystko – nie wyprę się żalu, że trwał za krótko. Szkoda też, że ostatecznie nie skupiłam się na wszystkich dostępnych dobrach wydarzenia. Ostatecznie to dopiero 3. edycja, wierzę więc, że z czasem SALWA się rozwinie, a ja przyjdę na nią jako świadomy znajdywacz pozytywnej energii. Oby jeszcze bardziej wyciskała esencję z kreatywności swoich uczestników i oby zapach sztuki unosił się w powietrzu dużo dłużej.
Panie i Panowie, dla Trzeciej SALWY – 3 salwy honorowe!


tekst: Natalia Konopka // tekst, zdjęcia: Paweł Wojciechowski

Natalia Konopka

Literatura piękna, historia, filozofia, psychologia, sztuki wizualne, muzyka – bez tego moje życie zszarzałoby diametralnie, a ja sama straciłabym osobowość. Tym, czym się na co dzień zachwycam, chcę otworzyć oczy ludziom potrzebującym więcej kolorów w życiu. Gama jest tak bogata, więc po co korzystać tylko z trzech podstawowych.
Eviva l’arte!

Paweł Wojciechowski

Stworzyłem ten rozgardiasz spleciony pasją do nieco bardziej analitycznego przyglądania się rzeczywistości niż tylko „scrolluj scrolluj lajk scrolluj”, aby realizować swoją pewną poboczną pasjo-misję w towarzystwie ludzi, którzy czują podobną potrzebę.

A ową pasjo-misją jest nienachalne przybliżanie ludziom tego, co uznaję za ciekawe: trochę ciekawostek z historii, muzyki rockowej i kanonu klasycznego; czasem przepleść może się coś całkiem oderwanego od tej planety (dosłownie), a czasem też klasyczna, przegniła popkultura, w której ostatnio dostrzegam coraz więcej piękna.

Komentarze