Stars of the Lid: Twoje prywatne kino pomiędzy okiem a powieką

~ 7 minuty czytania
15 grudnia 2017

Stars of the Lid to awangardowy duet tworzący na pograniczu wszelkich minimalistycznych nurtów muzycznych. Projekt swój początek ma na początku lat 90. kiedy to w Austin w stanie Texas, dwójka muzyków – Brian McBride oraz Adam Wiltzie – postanowiła tworzyć muzykę, która będzie soundtrackiem do twojego osobistego kina znajdującego się pomiędzy twoim okiem a powieką.


Panowie poznali się tam będąc studentami. Do współpracy tchnęły ich dwie wspólne obsesje – muzyka oraz Twin Peaks. Stanowią one niewątpliwie fascynują fuzję, której to niesamowitość słychać w każdej sekundzie utworów SOTL. W wywiadzie dla magazynu XLR8R w 2003 r., Adam Wiltzie przyznał, że kiedy wszyscy patrzyli na niego z grymasem, gdy ten próbował włączyć Erika Satie podczas imprez, Brian McBride jako jedyny uśmiechał się z serdecznością. Nie dziwi zatem że muzyka SOTL jest jaka jest – spuścizna, którą pozostawił po sobie Satie, ma odbiór ambiwalentny. Cóż, poniekąd ambicją Erika Satie nie było stworzenie muzyki absorbującej, a będącej na swój sposób dodatkowym meblem domowym, tłem życia codziennego ludzi – poruszającą emocje, nastroje, jednak nieodciągającą od innych zajęć. Tworzył tym samym podwalinę dla muzyki, którą dzisiaj znamy jako ambient.

Podobne założenia mieli panowie z SOTL. Dźwięki muzyki projektu mają stymulować wyobraźnię do nietypowych obrazów, być pigułą wywołującą przeróżne efekty fotyzmu, gdy tylko zamkniemy oczy – pełniąc funkcję pełnoprawnej ścieżki dźwiękowej do tych oderwanych od codzienności zjawisk wizualnych. To właśnie Brian McBride wyjaśnił do czego nawiązuje nazwa zespołu – czyli do indywidualnego kina pomiędzy okiem a powieką.


Nagrania pierwszego albumu rozpoczęły się w sierpniu 1993 roku, a zakończyły we wrześniu roku następnego. Materiał został zatytułowany Music for Nitrous Oxide, co przetłumaczyć można jako Muzyka dla podtlenku azotu. Osobliwości w przypadku tego projektu nie brakuje, szczególnie jeśli chodzi o tytuły to niejednokrotnie spotkamy się z takimi perełkami, które dość mocno kontrastują ironią do wydumanych nazw tak często spotykanych w ambientowym undergroundzie. W tym okresie Stars of the Lid nie było jeszcze duetem, a triem. Trzecim muzykiem był Kirk Laktas, jednak po nagraniach debiutanckiego opuścił on projekt, a Wiltzie oraz McBride postanowili kontynuować go samodzielnie.

Debiut światło dzienne ujrzał dopiero w 1995 roku nakładem Sedimental Records. Stanowi go blisko 80 minut mistrzowskiego ucieleśnienia czegoś, co osobiście nazywam muzyką ciszy.

Każda muzyka ciszę wypełnia, ale nie każda potrafi zrobić to w sposób nie zaburzający natury ciszy, którą – przynajmniej dla mnie – stanowi aura nostalgii, wytchnienia, poczucie ciepła i więzi ze wszystkim co nas otacza, ale czasami uczuciami całkiem skrajnymi w drugim kierunku. Może to być nieuzasadniony lęk, strach, tęsknota. A wszystkie te uczucia są przepełnione jakąś głębią, której nie wywoła nawet najpiękniejsza ballada.

Muzyka ciszy potrafi subtelnie wejść na jej miejsce, stymulując w człowieku najróżniejsze uczucia. Dodam też, że nie każdy ambient jest dla mnie muzyką ciszy – bo i tutaj zdarzają się twory puste, płaskie, z przerostem całej otoczki nad samą muzyką.

Twórczość SOTL uchodzi w moim odczuciu za jednego z ekspertów jeśli chodzi o dźwięki niepokoju w tej dziedzinie, daleko tu może jeszcze do takiego Lustmorda, niemniej jednak łączy się tu właśnie w subtelny cechy jego twórczości z Brianem Eno, dając niepowtarzalny klimat. Może właśnie adewkatny do Miasteczka Twin Peaks?

Co typowe dla tego typu artystów, w muzyce Stars of the Lid nie odnajdziemy mocno zarysowanego tempa, bo nie ma nawet perkusji. Zachowana jest nie tylko absencja od rytmów, ale także od melodii. To my będziemy musieli łapać dźwięki, które będą snuć się niczym duchy po przestrzeni, do której je zaprosimy. Tak jak pisałem – ta muzyka ma nie być absorbująca i to raczej my jesteśmy dla niej, a nie ona dla nas.

Gdy włączamy płytę, przez pierwsze sekundy możemy mieć wrażenie, że coś poszło nie tak. Dźwięki leniwie zaczynają okazywać swoją eteryczną naturę, wyłaniając się ze swojej krypty. Wyłaniają się z ciszy, bo to ona jest właśnie ową kryptą, aby ponownie schować się w cieniu, pozostawiając nas w niepewności co zaraz się wydarzy. Nad tymi wszystkimi wątłymi, dyskretnie zajmującymi się swoją robotą dźwiękami, regularnie nadciągają długie, potężne zniewalające burdony, które regularnie wciągają nas głębiej w muzyczny świat SOTL. Aż w końcu zapadamy w totalne zapomnienie i odrealnienie.

Znajdziemy też nawiązania do ukochanego Twin Peaks twórców. W kompozycję  Tape Hiss Makes Me Happy zostały przeplecione sample z lynchowskiej produkcji Twin Peaks: Ogniu krocz ze mną.

Podobnie wypada drugi album zatytułowany Gravitational Pull vs. the Desire for an Aquatic Life wydany rok później. Tutaj jednak zdecydowanie słychać już odejście od sekretności, tym samym oddalenie się od założeń muzyki Briana Eno. Dźwięki chcą pozostać nieuchwytne, jednak zachowując w tym pewną przewagę i potęgę (wciąż jednak wpisując się w moją muzykę ciszy). Dużo rzadziej chowają się w ciszę, ciągle wodzą nas dalej w swój świat, okazując przy tym zupełnie inne oblicza naszej codziennej rzeczywistości.

Trzecia płyta natomiast przynosi nam dawkę wizji apokaliptycznych i bezsennych, w dość surowej oprawie. Wydany w 1997 roku album The Ballasted Orchestra to pierwszy album w nowej wytwórni, którą okazała się oaza eksperymentalnych brzmień – Kranky. Twór znacznie surowszy, chłodniejszy. Tworzy pejzaż skamieniałej pustyni, na której stoimy sami a gdzieś na horyzoncie widać ruiny dawnego porządku. Album bez wątpienia pokazuje pełną już dojrzałość brzmieniową duetu, zapisując się jako jedna z pereł muzyki drone. Ponownie nie zabrakło odniesień do Twin Peaks, tym razem bardziej bezpośrednich. Utwory Music for Twin Peaks Episode #30 Part I oraz Music for Twin Peaks Episode #30 Part II to przeszło 20 minut dźwiękowego hołdu dla kultowego serialu, tak lubianego przez autorów projektu.

Rok później SOTL we współpracy z Jonem McCaffertim przygotowali muzykę, która zabierze nas gdzieś na środek Wszechświata, pomiędzy gwiazdy, zostawiając nas ospale lewitujących w próżni. Łaciński tytuł, Per Aspera Ad Astra, idealnie oddaje nastrój panujący na płycie – znaczy to mniej więcej „przez cierpienia aż do gwiazd”. To zdecydowanie cichsza i bardziej introwertyczna płyta, ciągle jednak podszyta elementem niepokoju i dziwnego rodzaju smutku splecionego nostalgią.


W 2001 roku przyszła pora na album, można rzec muzyczny magnum opus, o wymownym tytule The Tired Sounds of Stars of the Lid. Tym razem to aż 124 minuty osobliwej i niepowszedniej uczty muzycznej, która przez wielu jest uznawana za jeden z najlepszych albumów muzyki ambientowej. W przypadku tego wydawnictwa, poza zaniepokojeniem i melancholijnością przy całej tej nostalgicznej otoczce pojawiło się miejsce na delikatny uśmiech i promyki optymizmu. Album ten bowiem jest dwupłytowcem. A na drugiej jego płycie pojawiają się znacznie jaśniejsze brzmienia, uwolnione od trwogi, do której przyzwyczaili mnie muzycy swoimi wcześniejszymi dokonaniami.

Motywy ulgi, wizję nowego, bardziej przyjaznego świata (dźwięków) panowie pociągnęli i udanie kontynuowali na następnym albumie, na który kazali czekać aż sześć lat. And Their Refinement of the Decline pojawił się dopiero w kwietniu 2007 roku. Album jest też pierwszym wspólnym dziełem po rozłące twórców – Wiltzie przeprowadził się do Belgi, zaś McBride do Los Angeles. Ponownie mamy do czynienia z dwupłytowym wydawnictwem oferującym przeszło 120 minut minimalistycznego majstersztyku. Tym razem całkiem trzeba zapomnieć o „grozie”, jaką oferowali do tej pory. Metodologia ta sama, jednak  zmienił się nastrój – tym razem to dźwięki wytchnienia, błogiego odpoczynku; niczym promienie słońca wpadające subtelnie przez okno finezyjnie i z pełnią wrażliwości budząc po ciężkiej nocy. Słowa nie starczą, trzeba sprawdzić samemu.


Od dłuższego czasu brak wieści o nowych wydawnictwach projektu. Aby poznać jeszcze lepiej potencjał muzyczny tej wspaniałej dwójki muzyków i przy okazji odkryć jeszcze więcej subtelnej i delikatnej muzyki można zanurzyć się jeszcze w poboczne projekty.

Aix Em Klemm

Adam Wiltzie stworzył ciekawe, nieco tajemnicze i smutne, dzieło razem z Bobby’m Donne’em, kojarzonym głównie z działalności w zespole Labradford. Stworzyli oni projekt o nazwie Aix Em Klemm, pod którego szyldem wydali jeden album w 2000 r., o takiej samej zresztą nazwie. Poza muzyką drone czy ambient, na której Stars of the Lid bazował, wyraźnie uwydatniają się tutaj post-rockowe formy, dodając muzyce elementy, dość skąpej, melodii. I jak już o melodiach mowa to i tutaj znajdziemy nawiązanie do  Twin Peaks – utwór zamykający płytę, Sparkwood and Twentyone, dość bezpośrednio naśladuje motyw przewodni znany z serialu.

The Dead Texan

Nieco później, w 2004 r. stworzył projekt The Dead Texan razem z artystką wizualną Christiną Vantzou. Projekt miał formę audio-wizualną: wydawnictwo zawiera zarówno płytę CD z samą muzyką, jak i DVD z animacjami ze ścieżkami audio stworzonymi przez Wiltzie’ego. Muzyka jest bardzo podobna do tej tworzonej w Stars of the Lid, poniekąd utwory zawarte w projekcie miały początkowo być częścią albumu SOTL. Ostatecznie artysta zrezygnował jednak z wdrażania ich w swój macierzysty projekt, uznając twory „za zbyt agresywne” do jego stylu. Premiera albumu The Dead Texan miała miejsce w 2004 roku.

A Winged Victory for the Sullen

W projekcie o tak osobliwej nazwie Wiltzie ponownie tworzy w duecie. Tym razem mamy do czynienia z muzyką ambientową, którą wypełnią konwencje znane z muzyki klasycznej. Dźwięki te oferują niezwykle subtelną, wykwintną i relaksującą rozkosz dla naszych zmysłów. Spróbujcie albumu o tytule właśnie A Winged Victory for the Sullen z 2011 roku, to będziecie wiedzieć o czym mówię!

 

Bell Gardens

Brian McBride razem z Kennethem Jamesem Gibsonem w 2009 sformował zespół Bell Gardens. Projekt ten niewątpliwie jest odejściem od ambientowego dorobku, niemniej jednak jest w jego twórczości czymś ciągle reprezentującym coś nieziemskiego, marzycielskiego i odrealnionego. To doza chamber popu zmieszanego z psychedelic popem przez który przebrzmiewa folk rock i americana. Muzyka niezwykle leniwa, ale warta spróbowania.

Brian wydawał również albumy solowe w specyficznej dla Stars of the Lid estetyce. Są nimi When the Detail Lost Its Freedom z 2005 roku oraz The Effective Disconnect z 2010 roku. Ten drugi stanowi soundtrack do filmu dokumentalnego Vanishing of the Bees poświęconego zjawisku masowemu wymieraniu pszczół, znanego jako CCD (Colony Collapse Disorder).



Paweł Wojciechowski
Stworzyłem ten rozgardiasz spleciony pasją do nieco bardziej analitycznego przyglądania się rzeczywistości niż tylko "scrolluj scrolluj lajk scrolluj", aby realizować swoją pewną poboczną pasjo-misję w towarzystwie ludzi, którzy czują podobną potrzebę. A ową pasjo-misją jest nienachalne przybliżanie ludziom tego, co uznaję za ciekawe: trochę ciekawostek z historii, muzyki rockowej i kanonu klasycznego; czasem przepleść może się coś całkiem oderwanego od tej planety (dosłownie), a czasem też klasyczna, przegniła popkultura, w której ostatnio dostrzegam coraz więcej piękna.
Komentarze