Zestawienie najlepszych albumów 2017 roku wg Konopki

~ 7 minuty czytania
1 stycznia 2018

Po pierwsze muszę zaznaczyć, że w kwestii muzyki jestem bardziej poszukiwaczem zwrotnym niż bieżącym – od czasów Mozarta wielkich muzyków pojawiło się tak wielu, że moja codzienność melomana oscyluje w większości pomiędzy wczesnymi latami 70. a początkiem millenium. Co więcej nowe albumy, single czy klipy są wypuszczane prawie codziennie, a selekcja wartościowych treści przytłoczonych popularną papką jest często zbyt czasochłonna. Jednak mimo wszystko zebrałam 10 wydań, które faktycznie wpłynęły na mnie znacząco w roku 2017 i jestem przekonana, że warto spróbować każdego z nich.

10. TORRES – Three Futures

„Cały ten album dotyczy ciała, które zostało dane każdemu z nas jako mechanizm radości. Ciało jest czymś, co należy celebrować.” i na słowach Mckenzie Scott oparty jest właściwie cały trzon albumu. Scott zaintrygowana ideą odczuwania muzyki przez wszystkie pięć zmysłów szukała inspiracji w surrealistycznej literaturze i muzyce bardzo niejednorodnych artystów (Portishead, Abba, Kate Bush). Stworzyła tym samym transowo–elektroniczną podróż podsyconą dźwiękiem poszarpanych gitar pomieszanych z synthpopem. Nagrywanie albumu odbywało się w dwóch miejscach – w Stockport, w studiu na obrzeżach fabrycznego centrum Manchesteru – które w swoim fabrycznie chłodnym nastroju wpłynęło na mroczną stronę dźwięku albumu – i w Dorset, gdzie nadmorski i sielankowy krajobraz dodaje muzyce „trochę Słońca” – ciepła, spokoju i nadziei. Nieoczywiste, niebanalne i treściwe.

9. Arcade Fire – Everything now

Arcade Fire przyzwyczaili swoich słuchaczy do zupełnie innego stylu niż na tej płycie. Najmocniej z zespołem kojarzyłam Neon Bible z 2007 r. i zestawienie tych dwóch albumów to zestawienie dwóch różnych rzeczywistości. Muzycy po dekadzie zrezygnowali z mocnych dźwięków bardzo zróżnicowanego instrumentarium i choć było to widać już na poprzednim Reflektorze, to pełen wyraz przejścia na bardziej popowe ścieżki słychać właśnie na Everything now. I wielu słuchaczy ma z tym wybitny problem – jak muzycy z takimi umiejętnościami i muzycznym smakiem mogą tworzyć coś na kształt popowej paszy dla mas. Otóż – mogą. Nie spodziewaliście się, co? Dla mnie Everything now jest ironicznym manifestem nadzwyczajności XXI wieku. Tytułowy track mówi o tym jak czasy konsumpcji wpływają na robienie z ludzi „pseudoksiężniczek”, które „chcą wszystko teraz”, a dość popularny Creature comfort w swojej electro-skoczności mocno porusza temat samoakceptacji (czy raczej jej braku) tak obecny przy globalizacji mediów i jasno ulepionym wzorcu – ideału człowieka XXI w. Połączenie ważnej treści z lekką muzyką jest dla mnie świetnym, ironicznym zagraniem. Już Cobain w In bloom mówił „On jest tym, który lubi nasze wszystkie ładne piosenki i lubi je śpiewać (…) ale nie wie co one znaczą.” I tak widzę nieświadomego słuchacza Everything now – konsumpcyjnie pożerającego melodię odtwarzaną z najnowszego iPhone’a na spacerze w swoich najnowszych AirMaxach i ubraniach od topowych projektantów (bez urazy) i taki ironiczny obrazek okrutnie mnie śmieszy. Poza tym – skoczne dźwięki niejednokrotnie umilają mi dzień, a z taką treścią słucha się ich jeszcze lepiej. Ja to kupuję.

8. Natalia Przybysz – Światło nocne

Początkowo nie byłam przekonana do tego albumu. O ironio, dziś nie potrafię już tego uzasadnić. Prawdopodobnie po Prądzie, który wdarł się w moją słuchaninę bardzo intensywnie – oczekiwałam czegoś innego, ale stopniowe przesłuchiwanie Światła Nocnego napełnia mnie zupełnie innymi, ale równie dobrymi emocjami jak wcześniejsza płyta Przybysz. Otwarta mowa o kobiecości we współczesnym świecie, o wolności, świadomym i pełnym decydowaniu o sobie, o miłości, ale i słabości i potrzebie wsparcia – treść albumu wypełnia mnie, mój światopogląd i daje coś w rodzaju siły do manifestu swojej kobiecości w całym jej wymiarze, a bluesowo-rockowy wydźwięk połączony z emocjonalnym soulem i r’n’b satysfakcjonują mój długoletni gust muzyczny.

7. Gorillaz – Humanz

Po niekrótkiej przerwie Gorillaz wracają na scenę uwikłani w rozmaite kolaboracje i treść silnie związaną z polityką, a raczej emocjonalną na nią reakcją. Humanz jest wydaniem o tyle wyjątkowym, że rzadko tu słychać tak charakterystyczny dla zespołu głos Damona Albarna na rzecz chociażby Vince’a Staplesa, De La soul, Pusha T, jak i wielu innych gości na albumie. I ta ludzka różnorodność sprawia, że każdy numer ma swoje własne, oryginalne brzmienie – od zaczynającego się rapem Ascension, przez rythm’n’blues-owe Strobelite, soulowe Halleluyah Money z Benjaminem Clementinem, po bardziej „gorillazowe” dźwięki na Momentz czy taneczne We got the power z Jehnny Beth. Multigatunkowość tej płyty mnie poraża i wciąga, a zawiera przy okazji wszystko czego potrzebuję – niebanalne brzmienie i ważną treść, a brak możliwości jednoznacznej klasyfikacji gatunkowej potęguje jej wyjątkowość. W tak krótkiej notce nie da się zawrzeć całej wyjątkowości tego albumu, koniecznie przesłuchajcie sami.

 

6. Fever Ray – Plunge

O projekcie Fever Ray dowiedziałam się ok. 5 lat temu, przypadkowo wpadając na pierwszy album wydany w roku 2009. I muszę powiedzieć, że pierwszy longplay Karin Andersson jest na mojej (wcale nierozległej) playliście „best of my life”, dlatego też wymagania co do drugiej płyty tego właśnie projektu rosły wprost proporcjonalnie do czasu. Niestety, nie ma tu czegoś w rodzaju mrocznej, wciągającej magii, atmosfery krwawych, ale dobrych baśni Grimmów, której doświadczyłam na debiutowym albumie Fever Ray. Plunge jest czymś w rodzaju manifestu radykalnego feminizmu i twardolewicowych poglądów, czemu służy mocno zrytmizowana i momentalnie monotonna muzyka. Nie odbieram jej charakterystycznego „feverrayowskiego” podrygu, który z pewnością jest tu obecny, jednak w oczekiwany nastrój wprowadza mnie wyłącznie Red Trails poruszający zawodzącymi skrzypcami. I tak, chociaż Plunge nie spełnia w pełni moich oczekiwań, to jednak nie mogę odmówić albumowi wyjątkowości. Karin już w duecie The Knife nauczyła nas, że ma swoją własną wizję muzyki elektronicznej i jestem przekonana, że jej oryginalny styl stanie się klasykiem, a przy jej niekrótkiej absencji na scenie muzycznej Plunge wybitnie o tym przypomina.

5. Björk – Utopia.

O tym albumie pisałam tuż po jego premierze. Jego eterycznie- zmysłowe brzmienie harfy, ambientu, dźwięków ptaków i ostatecznie niecodziennego wokalu Björk wprowadza w baśniowy, błogi nastrój. I choć nie jest to płyta na co dzień, nie ma tu skocznych rytmów znanych z wcześniejszych płyt islandzkiej artystki – to mimo wszystko dla spokoju, refleksji, medytacji i zwyczajnie duchowej pożywki – jest perfekcyjny w swojej niepowtarzalności.

 

4. Shpongle – Codex VI

Muszę podkreślić, że jestem stosunkowo młodym słuchaczem tej grupy, ale od początku mojego zainteresowania ich twórczością jestem nią autentycznie zafascynowana. Klimat Shpongle jest unikalny i bardzo charakterystyczny – psychodeliczny trans podszyty ambientem, tworzony przez zakręcone efekty wymieszane z dźwiękami fletów i etnicznych sampli. To wszystko składa się na krystalicznie czystą psychodelę rodem z kabin deprywacji sensorycznej. Dźwięk Shpongle jest dla mnie uzależniający i – tak jak zwiedzałam z nimi „Muzeum Świadomości” – tak Codex VI funduje mi kolejną satysfakcjonującą dawkę transcendentalnej podróży. Dla smakoszy takich klimatów – musthere.

3. Alt–J (∆) – Relaxer

Umieszczenie tego albumu na tej liście to bardzo spontanicznie podjęta decyzja. Twórczość Alt-J znam od niedawna, a realne zafascynowanie ostatnią płytą przyszło do mnie przedwczoraj (!). Dlaczego więc (na rzecz innego albumu oczywiście) postanowiłam tą płytę wam polecić? Bo treść z jaką się zetknęłam w tym krótkim czasie i piękno płynące z historii ich z niezwykłą dbałością zaaranżowanych teledysków – mnie zwyczajnie zahipnotyzowało. Muszę powiedzieć, że to co mnie wciągnęło w ich twórczość (to przede wszystkim sugestia przyjaciółki – Klaudia pozdrawiam Cię z mojego artykułu) to klipy z fabułą rozwiniętą na miarę dobrych filmów krótkometrażowych, duży przekaz ukryty w symbolach, klimatyczne zdjęcia współgrające z dźwiękiem – taki wkład w warstwę wizualną albumu muzycznego to dla mnie coś wspaniałego, a świadomość, że ze względu na pasję do filmowania zespół miał nazywać się „Films” potęguje moją sympatię. I tak skoro warstwa obrazowa jest tu tak niesamowita – tak wartość tekstów – choć nie rewolucyjna – na pewno jej dorównuje. Życie, śmierć, miłość – ta uczuciowa jak i fizyczna, to tematy proste, ale uniwersalnie ważne i aktualne w każdym czasie. Może jestem świeżo tym przesiąknięta i stąd tak naiwnie zafascynowana, ale jestem pewna, że warto się z Relaxer-em zapoznać i ocenić na swój sposób.

2. Neil Young and Promise of the Real – The Visitor

Neil Young jest artystą na stałe goszczącym w moich playlistach. Dla mnie jest nie tylko kompozytorem, ale przede wszystkim bardem – poetą i filozofem wyrażającym swoje myśli przez muzykę. Na The Visitor dużo charakterystycznego do Younga folk rocka zmieszanego z bluesem, ale w trackliście pojawia się też Children of Destiny o nieco grunge’owym wydźwięku, czy When Bad Goes Good, który skręca bardziej w stronę r’n’b. Wszystko przesiąknięte pozytywną energią Younga wciąż silnie związanego z kulturą hippisowską i jawnie sprzeciwiającego się aktualnej sytuacji politycznej Stanów Zjednoczonych: Jesteś ziemią obiecaną / Pomocną dłonią / Bez ściany. Żadna nienawiść, żadne faszystowskie USA”. Po gruntownym przesłuchaniu tej płyty, zaczynam się zastanawiać czy obecny rodzaj polityki nie poskutkuje powrotem złotych protest songów z lat 60. i 70. ubiegłego stulecia. Pomijając to gdybanie, ta płyta wprowadza mnie w dobry, spokojny nastrój człowieka z czystą głową i niezależnego od władz, cokolwiek postanowiłyby one poczynić.

 

1. Ulver – The Assassination of Julius Caesar

Wystarczy zrobić wstępne rozeznanie w dyskografii Ulvera, żeby zrozumieć, że zespół kpi sobie z szufladkowania i przywdziewania gatunkowych łatek. Od początków z black metalem, przez awangardę i ambient, po elektroniczne klimaty tegorocznego „Zabójstwa Cezara” – norwescy muzycy stale zaskakują swoich odbiorców. The Assassination of Julius Caesar ma w sobie coś z dark electro, transu i synthpopu przesianego przez sito typowo „ulverowej” maniery, a co ciekawe długograj został ironicznie, acz komplementująco – okrzyknięty „najlepszą płytą w dyskografii Depeche Mode”. Z kolei teksty Kristoffera Rygga nawiązują nie tylko do tytułowej śmierci Cezara, ale też innych tragicznych historii – przewija się tu śmierć księżnej Diany, czy strzały skierowane w stronę Jana Pawła II. Połączenie wszystkich tych elementów w całość tworzy intrygujący mrokiem electro-popowy album, który – tak myślę – zauroczyć może zarówno wyszukanego smakosza podobnych dźwięków, jak i niedzielnego słuchacza. Dla mnie definitywnie nr 1 w tym roku.



Natalia Konopka
Literatura piękna, historia, filozofia, psychologia, sztuki wizualne, muzyka - bez tego moje życie zszarzałoby diametralnie, a ja sama straciłabym osobowość. Tym, czym się na co dzień zachwycam, chcę otworzyć oczy ludziom potrzebującym więcej kolorów w życiu. Gama jest tak bogata, więc po co korzystać tylko z trzech podstawowych. Eviva l'arte!
Komentarze